INAUGURACJA DNI MUZYKI ORGANOWEJ; cudze chwalicie, swego nie znacie!
2016-06-27 07:19:34

Dobrze pamiętam lutowy mróz 1966 roku i gorące emocje towarzyszące koncertom pierwszych Dni Muzyki Organowej. Po pięćdziesięciu latach inauguracji festiwalu towarzyszyły w sobotę afrykańskie upały i umiarkowane (w stosunku do tamtego sprzed lat) zainteresowanie melomanów, choć ci, ktorzy zdecydowali się przyjść do nieklimatyzowanej sali Filharmonii Krakowskiej, z pewnością nie żałowali swojej decyzji. Szkoda, że wśród nich zabrakło tzw. decydentów miejskiego i wojewodzkiego szczebla. Może mogliby wytłumaczyć licznym obcokrajowcom obecnym na sali, dlaczego w mieście - stolicy wojewodztwa chwalącego się walorami turystycznymi utrzymuje się taki skansen. Zapewniam kogo trzeba - słuchanie muzyki w warunkach łaźni parowej nie należy do pozytywnych atrakcji. Nie mówię już o muzykach, którym przyszło grać w takiej temperaturze! Powinni otrzymywać dodatek za pracę w niebezpiecznych warunkach! A przecież dali słuchaczom wiele artystycznej satysfakcji.

Inauguracyjny koncert poprowadził Antoni Wit. Na początek przypomniał dawno niesłyszany w Krakowie poemat symfoniczny Cesara Francka Strzelec potępiony. Podkreślając barwność muzyki i zmienność jej nastrojów pięknie snuł opowieść o zuchwałym hrabim, który nie bacząc na świętość niedzieli wybrał się na polowanie, za co spotkała go zasłużona kara i po wsze czasy ścigany będzie przez demony. Potem zabrzmiał Koncert g-moll na organy, orkiestrę smyczkową i kotły Francisa Poulenca. Partię solową grał Arkadiusz Bialic, dyrektor artystyczny Dni Muzyki Organowej. To wrażliwy muzyk, bardzo dobry organista, ale Koncert Poulenca w jego wykonaniu pozostawił pewien niedosyt. Otóż zabrzmiał za ciężko, wolałabym nieco lżejszą, jaśniejszą rejestrację. Przed laty słyszałam ten utwór w wykonaniu francuskiego wirtuoza (nie pomnę nazwiska). Zachwyciłam się wówczas właśnie rejestracją, dźwiękiem barwnym, przejrzystym i lekkim. To było prawdziwe muzyczne cacko, bo takie brzmienie instrumentu solowego miało też wpływ, co zrozumiałe, na rodzaj dźwięku kwintetu smyczkowego. Od tego czasu poszukuję w Koncercie g-moll Poulenca tamtych barw i tamtej finezji.

Zachwyciła mnie natomiast pod batutą Antoniego Wita Symfonia e-moll "Odrodzenie" Mieczysława Karłowicza.  Po Szymanowskim kolejny polski kompozytor zostaje na nowo odkrywany. I okazuje się, że nawet wczesny jego utwór symfoniczny ( Symfonia e-moll to jego opus 7 powstałe jeszcze w czasie berlińskich studiów) jest na tyle oryginalny, by zainteresować słuchaczy. Wytrawny dyrygent wydobył piękno poszczególnych tematów, bogactwo harmoniczne, interesujące przetworzenia, a przede wszystkim konsekwencję kompozytora w budowaniu szeroko zakrojonych napięć dramatycznych. O stosunku polskich muzykologów do Symfonii e-moll najlepiej świadczy fakt, że  próżno jej szukać w popularnym Przewodniku koncertowym (posługuję się wydaniem z 1980 roku). Cóż, cudze chwalicie, swego nie znacie!
     


Więcej:
OPERA NA WAWELU; dlaczego nie skorzystano z tej scenerii? 2016-06-23 09:28:30
IX SYMFONIA; Charles Olivieri-Munroe ma dużo do zaproponowania2016-06-12 14:45:48
TANNHAUSER W OPERZE; to trzeba usłyszeć i zobaczyć!2016-06-10 17:42:49
MUZYKA HISZPAŃSKIEGO KRĘGU; czuło się atmosferę analuzyjskiego popołudnia2016-05-21 17:19:05
ROMANTYCZNOŚĆ; Ola Rudner jest mistrzem narracji 2016-05-15 16:48:58
MUZYCZNE CIEKAWOSTKI; kompozytor ewokuje atmosferę rozedrgania2016-05-12 18:31:36
WIECZÓR ROMANTYCZNY; w finale było krótkie rytmiczne zamieszanie2016-05-08 13:00:14
KOMPOZYTOR OSOBNY; 90 lat Juliusza Łuciuka 2016-05-01 09:02:17
MUZYKA PORUSZAJĄCA; powrót po pięćdziesięciu latach2016-04-25 08:50:11
MUZYCZNY WEEKEND; wielka inauguracja i wielki jubileusz 2016-04-18 16:52:43