Joanna Trafas
To śpiew wybrał mnie

- Kiedy Pani podjęła decyzję o tym, że chce się zajmować zawodowo wokalistyką?

- Niestety mam poczucie, że śpiew nie był moim wyborem. Tak się po prostu stało. To śpiew wybrał mnie.

Byłam takim śpiewającym dzieckiem, które występuje na wszystkich imieninach, a mając pięć lat wymyśla własne piosenki. Bez żadnych oporów i tremy występowałam przed klasą czy przed całą szkołą. Zawsze śpiewałam i to była część mojej tożsamości. Bardzo mi to pomogło kiedy wyjechałam do Stanów, gdzie musiałam się nauczyć języka i odnaleźć w zupełnie innej kulturze. Nagle po czterech latach szkoły muzycznej w Krakowie znalazłam się w Kalifornii w zupełnie innym świecie, pełnym różnych kultur, tam życie płynęło o wiele szybciej. W Polsce w 1991 roku jeszcze się czuło ten PRL. Szok kulturowy był duży. Ale ja na szczęście śpiewałam i już na początku zapisałam się do chóru szkolnego. Zaistniałam na pierwszym koncercie jako solistka i stałam się osobą z konkretną tożsamością. Byłam „tą dziewczyną z Polski, która śpiewa”. I tak zostało.

Po powrocie ze Stanów, tuż po tamtejszym liceum, kiedy okazało się, że egzaminy na Akademię Muzyczną już się odbyły, jedyną możliwością, jaka mi pozostała była Szkoła Muzyczna II stopnia im. Władysława Żeleńskiego na Basztowej. Tam trafiłam na wydział wokalny. Bardzo miło wspominam ten czas i tamtą szkołę. To wspaniałe miejsce, które rzeczywiście dba o indywidualny rozwój każdego ucznia. Odkryłam tam coś, co mnie już wcześniej nurtowało. Mieszkając w Stanach, mając kontakt z musicalami czy teatrem szkolnym, zaczęłam interesować się nurtem rozrywkowym. Akurat w krakowskiej szkole trafiłam do pana Andrzeja Zaryckiego na bardzo ciekawe zajęcia z piosenki, były też zajęcia z jazzu. Wspólnie z przyjaciółmi mogłam próbować swoich sił w zakresie wokalistyki rozrywkowej.

Zresztą w mojej rodzinie również są i takie tradycje. Siostra mojej mamy, kompozytorka Ewa Kornecka, od lat zajmuje się piosenką aktorską. Pamiętam, że jak miałam 6 lat i byłam u kuzyna, mieliśmy przechodzić bardzo cicho przez pokój, gdzie ciocia miała próbę z pewną aktorką. Ja przechodząc po prostu przystanęłam po drodze wsłuchana. Pamiętam młodą kobietę pełną pasji, która klęczała na podłodze i interpretowała jakiś niesłychanie emocjonalny utwór. Wtedy stwierdziłam, że też bym tak chciała.

Koniec końców tak się złożyło, że jednak zajęłam się śpiewem klasycznym. Ta decyzja przyszła dosyć późno, bo dopiero po dyplomie w szkole muzycznej drugiego stopnia, kiedy miałam 22 lata, podczas gdy wiele osób decyduje się na śpiew klasyczny trochę wcześniej. Uznałam, że mając wysoki głos, lepiej sprawdzę się w muzyce klasycznej.

Dodatkowo studia muzykologiczne rozbudziły we mnie różne pasje, na przykład w kierunku muzyki dawnej. Studiując ten kierunek, na którym pochłania się niesłychane ilości literatury muzycznej, zdałam sobie sprawę z ilości całej tej muzyki. Nie miałam wcześniej świadomości, że jest aż tyle ciekawych pieśni, tyle wspaniałej muzyki barokowej, że oprócz opery, która sama w sobie jest fascynująca i ekspresyjna, jest jeszcze kilka innych światów. Doszłam do wniosku, że chyba mi nie starczy życia, żeby wszystkiego doświadczyć i wszystko zaśpiewać.



- Odnajduje się Pani w różnym repertuarze, począwszy od średniowiecza przez XIX wiek, muzykę współczesną, do tego opera, operetka, musical. Czy ma Pani swoją ulubioną epokę lub gatunek muzyczny?

- W zasadzie zakochuję się w tym, nad czym pracuję w danym momencie. Dla lekkiego głosu, jaki posiadam jest dużo możliwości repertuarowych. Cenię kameralistykę, bardzo lubię pieśni, szczególnie z przełomu XIX i XX wieku, a także dzieła zupełnie nowe.

Lubię również sięgać wstecz. Na przykład współpracując gościnnie z wawelskim zespołem renesansowym FLORIPARI, mam okazję zaśpiewać utwory, które pomimo iż są proste, wymagają wyobraźni. W muzyce renesansowej odnajduję szlachetną prostotę, i jest to dobry sprawdzian po śpiewaniu bardzo skomplikowanych utworów: czy jestem w stanie jeszcze się wyrazić artystycznie przez tak zwane „trzy nuty na krzyż” w dziele, które składa się z jednej zwrotki, albo z pojedynczego głosu, bo na przykład pozostałe partie zaginęły. To jest bardzo rozwijające, bo z każdym z takich utworów muszę coś zrobić.

Mam też inne miłości muzyczne. Na przykład kompozycje Leonarda Bernsteina, który niesamowicie umiejętnie łączy muzykę XX wieku i muzykę jazzową, tworząc zupełnie nową jakość. Moim ulubionym jest jego cykl pieśni I hate music, gdzie kompozytor jest również autorem tekstu. Wciela się tam w 10-letnią dziewczynkę, która zastanawia się nad sensem świata. W pewnym momencie wyśpiewuje, że nienawidzi muzyki, ale lubi śpiewać. Nienawidzi muzycznego napuszenia i sztuczności. I tak właśnie kompozytor szuka prawdy i prostoty. Myślę, że to zostało napisane tak trochę ku przestrodze.

Chyba do końca życia nie zdecyduję, co lubię najbardziej. Angażuję się bardzo w każdy projekt, nad którym pracuję. Może to być trudny cykl pieśni, który stanowi dla mnie wyzwanie, który wymaga dużej pracy nad samą warstwą muzyczną, jak również praca w teatrze w Gliwicach, na którą bardzo się cieszę. Mam zagrać rolę komiczną a choć zagrałam już kilka ról na scenie, nigdy nie grałam roli stricte komicznej.  Cieszę się, bo zagranie takiej postaci, która ma być po prostu zabawna, będzie dużym wyzwaniem.



- Zauważyłam, że ma Pani naukowe podejście do tego, co robi.


- Po studiach muzykologicznych jest to trochę nieuniknione. To pewne skrzywienie zawodowe. Nie mogę śpiewać czegoś i nie wiedzieć, skąd to się wzięło. Jeśli wpada mi w ręce utwór kompozytora, którego nie znam, albo jeśli mam brać udział w koncercie, na którym jest wykonywany repertuar mi nieznany, to zawsze próbuję wybadać, co to jest i co ta osoba jeszcze napisała. W ten sposób trafiam na fantastyczne rzeczy.

Na przykład teraz pracuję nad programem recitalu z fortepianem i z fletem*. Ponieważ koncert się odbywa na wiosnę, to nawiązujemy do tradycji wykorzystania motywów ptasiego śpiewu w pieśniach na sopran. Jest dużo ciekawych pieśni o tej tematyce. Do składu dołączyłyśmy flet, stwierdziłyśmy, że będzie pasował. Ponieważ doszłyśmy do wniosku, że interakcja pomiędzy wokalem a fletem jest konieczna na tym koncercie, nie możemy się tylko wymieniać, zaczęłam szukać repertuaru. Okazało się, że flecistka wykonuje Concertino francuskiej kompozytorki Cécile Chaminade. To była pianistka, która zakochała się we fleciście i w związku z tym napisała Concertino, żeby mogli je wspólnie wykonywać. Spodobała mi się ta historia i zaczęłam szukać, co jeszcze napisała ta kompozytorka. Dowiedziałam się, że stworzyła dużo pieśni salonowych, bardzo pięknych, jak również pieśni na głos i flet. Pewnie bym do nich nie dotarła gdyby nie ta chęć poszukiwania.



- Co jest widoczne w Pani działalności. Wprowadza Pani publiczność w świat muzyki również poprzez słowo.

- Bardzo lubię opowiadać o muzyce. Stąd jednym z moich wielu zajęć jest praca prelegenta w Dziale Edukacji w Filharmonii Krakowskiej. Wyjeżdżamy o świcie do mniej lub bardziej dalekich wsi małopolskich. Jeździmy z koncertami edukacyjnymi, występujemy w domach kultury i szkołach. Bardzo lubię tłumaczyć dzieciom muzykę.

Również podczas własnych recitali opowiadam o utworach, o ich genezie i treści. Mówi się, że muzyka klasyczna jest zbyt poważna dla zwykłego człowieka, a większość tych dzieł, które wykonuje się w filharmonii jest jednak zbyt trudnych w odbiorze. Ja w to nie wierzę.

Wiem z mojej praktyki koncertowej, że jeśli odpowiednio ubierze się w słowa wprowadzenie do danego utworu, człowiek wrażliwy jest w stanie tę sztukę odebrać. Muzykolog odbierze ją bardziej naukowo i intelektualnie ale przeciętny człowiek jest ją w stanie odebrać na poziomie emocjonalnym. Pamiętajmy, że kompozytorom chodziło o to, żeby słuchacze odbierali ich muzykę właśnie na tej płaszczyźnie. Jeśli opowie się o czym jest pieśń, to publiczność zupełnie inaczej odbierze utwór i wtedy można spokojnie śpiewać Wolfa po niemiecku. Muzyka klasyczna jest dla każdego, tylko trzeba ją we właściwy sposób przedstawić.



- Jakie zadania stawia sobie Pani podczas występu?

- Zależy mi na kontakcie ze słuchaczem. Oczywiście śpiew jest wielką radością dla śpiewaka, wręcz nawet fizyczną przyjemnością ale bez kontaktu z publicznością koncert nie istnieje. Wtedy jest po prostu otwartą próbą.

Niesłychanie lubię tę wymianę energetyczną, która następuje między wykonawcą a słuchaczem. W muzyce na żywo każde wykonanie jest przecież niepowtarzalne.

Zależy ono od dyspozycji wykonawcy, od dnia. Natomiast jest jeszcze element, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć – niespodzianka, jak zareaguje publiczność. Czy pójdą z nami w świat muzyki, czy będą pełni rezerwy. Śpiewa się dla publiczności w różnym wieku, mniej lub bardziej wykształconej. Bez kontaktu ze słuchaczem koncert nie istnieje. Bardzo mi na tym zależy, ponieważ uważam, że w tym celu występujemy, nie robimy tego tylko dla siebie ani wyłącznie dla pieniędzy. Gdyby zależało nam tylko na pieniądzach, to byśmy pracowali w innej profesji. To niesłychanie trudny zawód, który trzeba kochać. Występuje się po to, by się porozumieć z drugim człowiekiem, żeby skłonić do refleksji, by przekazać swój światopogląd i podzielić się swą wrażliwością.

 

- Co daje Pani siłę do działania?

- Na pewno jest we mnie chęć poszukiwania i poszerzania horyzontów – wierzę, że wciąż przede mną jest nieodkryta i nienapisana jeszcze muzyka.

Ponadto mam świadomość, że żyjemy w trudnych czasach. Popkultura, Internet, kultura obrazkowa, bardzo szybkie czasy. Kiedyś chodziło się do opery tak jak dzisiaj chodzi się do kina na komedie. Dzisiaj o publiczność trzeba walczyć. Jeszcze nie jesteśmy krajem na tyle rozwiniętym, żeby ludzie troszczyli się tylko o spełnienie swoich wyższych duchowych potrzeb i szukali rozrywek stanowiących dla nich jakieś wyzwanie. Jeśli widz już przyjdzie na koncert muzyki klasycznej, to trzeba zawalczyć aby wrócił. To niesłychanie ważna kwestia jeśli chodzi o dzieci.

Dzieci są bardzo wrażliwe i trzeba je zarazić muzyką, jej pięknem. Jeśli nie wychowamy sobie publiczności, to ona nie będzie przychodzić na koncerty i nasza praca stanie się bezużyteczna. Śpiewanie do pustej sali nie ma sensu. Śpiewanie do sali pełnej do połowy to dla mnie przysłowiowa pusta do połowy szklanka.

Na koncertach edukacyjnych często widzę, że dzieci są bardziej zainteresowane koncertem niż dorośli pomimo tego, że nie gramy dziecięcej muzyki, gramy Beethovena, Mozarta, Chopina. To świadczy o tym, że dzieci odbierają muzykę na wysokim poziomie emocjonalnym.

Dla dzieci trzeba grać bardzo wyraziście, ale i rzetelnie. Nie można ulec pokusie chałtury, tłumacząc sobie, że przecież niewyrobiony słuchacz i tak się nie domyśli, że coś jest nie tak. Niestety dzieci wyczują każdy fałsz i oszustwo. Przy dzieciach nie można być niezaangażowanym.



- Czuje Pani w sobie tę misję promowania muzyki wśród dzieci i młodzieży, nie stroni Pani od uczestnictwa w szkolnych projektach, choćby takich jak spektakl Upiór w operze w ramach projektu edukacyjnego Zespołu Szkół nr 14 we Wrocławiu. Czy może Pani coś bliżej powiedzieć na ten temat?

- Tak, to był bardzo ciekawy projekt. W pewnym z liceów wrocławskich bardzo zaangażowana anglistka, również osoba z misją, co roku organizuje projekt aktywizujący uczniów i ich liczne talenty. Czytają wspólnie książki po angielsku z wybranej dziedziny, po czym łączą to w formie spektaklu. Ponieważ przerabiali akurat fikcję gotycką, bardzo ważną w literaturze angielskiej, w związku z tym postanowili wystawić skróconą wersję Upiora w operze.

To była misja w bardzo fajnym towarzystwie - jednorazowy występ, z artystami z teatru Roma, którzy Upiora w operze zagrali ponad pięćset razy. Ja tam byłam zupełnie gościnnie wraz z nimi. To było ciekawe doświadczenie zobaczyć, jak młodzież angażuje się, jak reaguje na teatr, na śpiew, na publiczność, jak występowanie i robienie czegoś twórczego ich dowartościowuje. Jestem przekonana, że mieli właściwie zagospodarowany wolny czas.

Zawsze jestem otwarta na tego typu projekty. To bardzo ważne, by wesprzeć młodzież, która robi coś pozytywnego. Dla nich też jest to wyzwanie, trzeba poświęcić czas, trzeba zrezygnować z oglądania seriali, z grania w gry komputerowe i włożyć w to odpowiednie starania. Ale Upiór w operze jest tak pięknym materiałem, że śpiewanie tego jest zawsze wielką przyjemnością.



- Gdzie Pani się widzi za jakieś 20 lat?


- To jest pytanie, które zawsze warto sobie zadać. Trzeba mieć plany na przyszłość. Mam nadzieję, że nie stracę entuzjazmu, wiary, że to, co robię ma jakiś sens. Mam nadzieję, że odkryję jeszcze jakieś utwory, których dotąd nie znałam, że będę mogła je zaśpiewać i będę miała gdzie to zrobić. Chcę, aby uwierzono, że to, nad czym pracuję jest ciekawe i warte pokazania ludziom. Więc zobaczymy. Proszę za mnie trzymać kciuki!



- Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.

 
Rozmawiała: Karolina Gorączko



*) Wiosenny recital z fletem (Renata Guzik) i fortepianem (Emilia Bernacka), o którym wspomina artystka będzie miał swoją premierę w Krakowie 18 marca o godz. 18.30 w Centrum Kultury „Ruczaj”.

Fot. Jacek Wrzesiński

Joanna Trafas, sopran, urodzona w Krakowie w 1980 r. Absolwentka Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Krakowie (dyplom z wyróżnieniem w 2008 roku) oraz Muzykologii UJ (magisterium w 2006 roku). W 2007 za osiągnięcia otrzymała Stypendium Twórcze Miasta Krakowa. Na scenie debiutowała rolą Elizy w My Fair Lady (Teatr Muzyczny Capitol, Wrocław, 2005).
Laureatka Konkursu Wykonawstwa Muzyki Operetkowej i Musicalowej im. I. Borowickiej w Krakowie (2004, 2010), a także Kiwanis Solo Vocal Scholarship Competition (USA, 1997) i Konkursu Arii i Pieśni K. Kurpińskiego we Włoszakowicach (1999).
Uczestniczka licznych kursów wokalnych, m.in. I. Kłosińskiej, M. Habeli, J. Artysza, Ch. Elssnera, R. Karczykowskiego, H. Łazarskiej i warsztatów metody Speech Level Singing.
Współpracuje z Filharmonią Krakowską jako solistka (Parsifal Wagnera pod batutą G. Chmury i P. Przytockiego, Koncert Specjalny "Smak Magii", Koncerty dla Dzieci, oraz z towarzyszeniem pianistki Emilii Bernackiej w recitalu muzyki francuskiej i amerykańskiej w ramach cyklu „Koncerty Uniwersyteckie”) oraz jako prelegent w Dziale Edukacji (Audycje Szkolne) . Od 2003 roku gościnnie występuje z zespołem muzyki dawnej Floripari w kraju i za granicą. Śpiewa także z Tatrzańską Orkiestrą Klimatyczną w Zakopanem, harfistką Malwiną Lipiec jako Silver Duo oraz klawesynistką Justyną Dolot w projekcie erminea. Okazjonalnie współpracuje z Operą Krakowską ( „Noc Teatrów”, scena impresaryjna, "Lato Operowe" w Barbakanie) i impresariatem Taberna Libra. Chętnie zbiera różne doświadczenia – Kabaret Loch Camelot, Festiwal FAMA 2001. Na studiach kreowała tytułową  rolę w musicalu Wampir W. Raźniaka i K. Nepelskiego, pod opieką m.in. Jerzego Stuhra.  Inne role artystki to Maria w West Side Story (reż. L. Adamik – Teatr Rozrywki, Chorzów, 2006-2009), Belinda/Czarownica w Dydonie i Eneaszu, Amor w Orfeuszu i Eurydyce (AMuz/Opera Krakowska, 2007), Kobieta w Płaszczu w Noclegu w reż. Pawła Kamzy (Teatr Łaźnia Nowa 2010). Występowała  z holenderską  Stichting Het 20ste-eeuwse Lied, w ramach francuskiego festiwalu Musique au coeur de Medoc, wielkopolskiego Festiwalu Chantarelle 2010, Festiwalu Polskiej Muzyki Romantycznej im. Ks. M.K. Ogińskiego, festiwalu Cracovia Sacra, „Muzycznego Lata w Krakowie” oraz Internationale Bach Akademie Kraków 2006.
Uczestniczy w nagraniach muzyki filmowej i teatralnej Aleksandra Brzezińskiego i Adriana Konarskiego.


Więcej:
Piotr Orzechowski Pianista o chuligańskim zacięciu!
Mateusz RyczekKomponowanie to dla mnie tworzenie światów idealnych
Karol NepelskiWszechstronny kompozytor
AMADRUMS TRIOczarują muzyką
Ewa Fabiańska-Jelińskakompozytorką-rezydentką znakomitego zespołu Baltic Neopolis Orchestra
Aleksandra KulsJestem w życiu optymistką
Jacek Gutrylider i założyciel zespołu Gut-muzyk
Dariusz Rączkawokalista zespołu Fantasmagoria
Roch ModrzejewskiMalarz, który zamiast farby, używa dźwięku gitary
Orkiestra Kameralna l’Autunnoczyli wszystkie muzyczne barwy jesieni