Biblijna tragedia według Pendereckiego
2013-10-08 09:59:49

Opera Wrocławska "Raj utracony"Operowa część wielkiego Festiwalu Emanacje, poświęconego twórczości Krzysztofa Pendereckiego, zakończyła się wystawieniem 5 października w Operze Krakowskiej Raju utraconego, do którego libretto napisał Christopher Fry, biorąc za wzór poemat Johna Miltona o tym samym tytule. Podczas Festiwalu na scenie krakowskiego teatru operowego zaprezentowały się zespoły Opery Krakowskiej, Opery Bałtyckiej, przyszedł więc i czas na grupę z Wrocławia. Tragiczną historię pierwszych ludzi, Adama i Ewy, w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego przedstawił dyrygent Tomasz Szreder wraz z zespołem

Raj utracony. Fot. Marek Grotowski

Zdecydowanym plusem reżyserii były kostiumy przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. To one przede wszystkim charakteryzowały bohaterów, oddawały ich temperamenty, gdyż ruch sceniczny wśród głównych postaci był bardzo zredukowany. Ogromną rolę odegrali więc tancerze, którzy nie tylko dodawali scenom dynamizmu, ale również przedstawiali konkretne obrazy. Bardzo ciekawie ukazano powstanie pierwszych Ludzi, sugestywnie, a jednocześnie nie przekraczając granic dobrego smaku wyrażono ruchem emocje i uczucia rodzące się między Kobietą a Mężczyzną – choreografia, którą wykonali Nozomi Inoue (Ewa) i Sergii Oberemok (Adam) nie była sama w sobie spektakularna, jednak ruch świetnie dopracowano, współpraca i znajomość partnera były dobrze widoczne. Niezwykle poruszająca była także rola Węża, odtańczona przez Zofię Knetki. Baletnica pokazała ogromne możliwości swojego ciała, co umożliwiło jej stworzenie bardzo wiarygodnej kreacji. Podczas scen w Piekle, gdzie światło i ruch sceniczny w wielkim stopniu wpłynęły na budowanie atmosfery, choreografka Janina Niesobska pokazała, że nawet drobnym ruchem można zbudować pożądany nastrój. Także taneczne przedstawienie zwierząt w Raju okazało się być bardzo udane – Niesobska trafnie wyekstrahowała najważniejsze cechy definiujące dane istoty, by później odpowiednio przedstawić je w tańcu, tworząc najprzyjemniejszą, najbardziej błogą scenę w całym przedstawieniu.

Drugim najważniejszym po kostiumach pozamuzycznym elementem w kreowaniu historii było światło. Jego zmiany świadczyły także o zmianie miejsca akcji. Konsekwentne, dopracowane, drobiazgowo przemyślane, było zdecydowanym atutem tej inscenizacji. Ponieważ reżyser zrezygnował prawie ze scenografii, często właśnie oświetlenie stanowiło jedyny element pozamuzyczny tworzący klimat. Z jednej strony był to plus – na scenie nie znajdowała się masa niepotrzebnych rekwizytów, które ograniczałyby przestrzeń aktorów i wprowadzały zamęt. Z drugiej – Raj definiowany jedynie przez zielone światło i obecność postaci Adama był trochę pusty, nie dawał wrażenia przyjaznej ostoi. Mimo bardzo ograniczonej scenografii, Zawodziński świetnie zorganizował przestrzeń, co szczególnie dostrzegało się podczas scen w Piekle. Pod względem artystycznym były to najlepsze fragmenty w całym spektaklu, gdzie niczego nie brakowało i niczego nie było za wiele, muzykę wzbogacały kostiumy oraz choreografia pogłębiająca nastrój przestrachu, scenografia oddawała wrażenie piekielnego więzienia, w którym na piedestale stał Szatan.

"Raj utracony" Opera Wrocławska

Raj utracony. Fot. Marek Grotowski

Niestety znów dała o sobie znać niezbyt dobra akustyka sali Opery. Pierwszy akt brzmiał dosyć cicho i płasko, orkiestra czasami zagłuszała solistów, szczególnie na początku. Jednak nie można mieć pretensji do wykonawców, którzy grali na nowej scenie, poznawali ją razem z widzem. Dużo więcej barw słychać było w drugim akcie – wokaliści czuli się już pewniej, dbali o więcej niż tylko o dobrą technikę. Bo Raj... jest dziełem naprawdę trudnym do wykonania, zanurzonym w nurcie ekspresjonizmu muzycznego, gdzie mowa miesza się ze śpiewem i odgłosami sonorystycznymi, jak wyraźny oddech, śmiech czy syk. Pełne dalekich skoków partie kobiece wymagają precyzji w osiąganiu dźwięków. Może właśnie „rozeznanie terenu” i trudności wokalne, jakie niosą za sobą role, sprawiły, że występujący w duecie już na samym początku opery Magdalena Barylak (Ewa) i Mariusz Godlewski (Adam) nie tworzyli jedności, jakiej wymaga tego rodzaju wykonawstwo – śpiewali jakby zapominając o drugiej osobie, mając w głowie jedynie własną partię. Stopniowo zgrywali się coraz bardziej, aż do sceny wzajemnego poznania, która pod względem muzycznym oraz aktorskim wyszła im bardzo dobrze – subtelnie i przekonująco. No właśnie, przekonująco... O ile Godlewski z czasem zyskał pewność na krakowskiej scenie, co było oczywiście słyszalne w jego śpiewie, szczególnie w drugim akcie, gdzie pokazał siłę oraz możliwości dramatyczne swojego głosu o bardzo przyjemnej barwie, o tyle Barylak nie porywała. Fakt, jej głos jest dobrze wytrenowany, jednak momentami denerwować może intensywne wibrato. Z wyjątkiem kilku scen, w których naprawdę zagrzmiał smutek nieszczęśliwej grzesznicy, śpiewała dosyć płasko. Do tego pod względem aktorskim, będąc reprezentantką dawnej szkoły, preferującej przejaskrawione ruchy, bardziej rozpraszała, niż przekonywała. Większość scen, w których już, już budziła się wiarygodność, rozbijało ciągłe poprawianie sobie przez śpiewaczkę najwyraźniej źle dobranej fryzury. Natomiast godne pogratulowania jest wykonanie partii Szatana przez Tomasza Rudnickiego – bardzo przyjemna barwa głosu oraz duża samoświadomość wpłynęły na świetny występ. W wyjątkowo dobrze dobranym stroju, Rudnicki nie tylko świetnie śpiewał, ale także prezentował się wizualnie na scenie. Nie można zapomnieć o partii Macieja Tomaszewskiego, który jako Milton-recytator bardzo dobrze wprowadził słuchaczy w nastrój dzieła.

Szczególne uznanie należy się dyrygentowi, Tomaszowi Szrederowi, który utrzymał w ryzach orkiestrę (w pierwszym akcie niestety nie całkiem dobrze dostrojoną), czternastu solistów oraz chóry: mieszany i chłopięcy. Reżyser umieścił pierwszy z nich na balkonach, a więc za plecami dyrygenta, który nawiązywał z wokalistami kontakt przez... malutkie telebimy. To zdecydowanie nie było proste zarówno dla Szredera, jak i śpiewaków, ale w gruncie rzeczy udało się. Sam sposób usadzenia chórzystów był bardzo pomysłowy – słuchacz miał wrażenie, że znajduje się wewnątrz akcji.

To dwuaktowe dzieło, gdzie każdą z części poprzedza prolog, jest – w kwestii muzycznej – przepełnione bólem, cierpieniem i pewnego rodzaju strachem właściwie przez cały czas. Nawet sceny mające miejsce w Raju, kiedy Ludzie żyją jeszcze w błogim spokoju, nie niosą muzyką  radości. Także zakończenie mogłoby być bardziej spektakularne – dużo mocniejszym punktem niż ostateczne wygnanie jest w tej operze wcześniejsza scena obietnicy poświęcenia się Chrystusa dla dobra ludzkości. Taki finał byłby akcentem nie tylko mocnym, ale również przepełniającym widza nadzieją. Sceny, które nastąpiły później, właściwie nie niosły za sobą takiej siły, można było odnieść wrażenie, że artyści sami nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, gdy po raz kolejny kończyli daną sekwencję ruchową. Mimo wszystko dzieło jest ciekawe i dokładnie przemyślane pod względem muzycznym, daje artystom duże możliwości wykonawcze, a zarazem porusza temat wiecznie żywy, jakim jest grzech, moralność i życie człowieka.

Maryla Zając


Więcej:
Jazz-got i zgiełk w filharmonii2016-11-10 21:23:10Adam Bałdych muzyk niezwykle elastyczny odnajdujący się w licznych stylistykach i estetykach. Nieschematyczny, doskonały improwizator o twórczym podejściu do materiału dźwiękowego. Bałdych zaprezentował swoje charakterystyczne brzmienie skrzypiec
Sacrum Profanum – trzęsienie ziemi za nami, a napięcie dopiero rośnie!2016-10-05 08:54:20Festiwal zaczął się bowiem koncertem kolektywu, który buduje pomosty nad pieczołowicie wykuwaną przepaścią rozdzielającą światy muzyki klasycznej oraz popularnej.
ICE Classic: Edita Gruberova - kultura wokalna i elegancja, czyli słowacka królowa belcanta w Krakowie2016-09-21 18:30:21Edita Gruberová, gwiazda światowych scen operowych wystąpiła w Centrum Kongresowym ICE Kraków w ramach prestiżowego cyklu ICE Classic.
Misteria Paschalia 2016: Finał w królewskim stylu2016-09-21 09:50:12Świąteczny weekend upłynął w Krakowie pod znakiem wyśmienitych muzycznych wydarzeń. Nie posób po prostu powiedzieć, że dwa ostatnie koncerty tegorocznego festiwalu Misteria Paschalia były absolutnie wyjątkowe.
Poniatowski zorkiestrowany powraca2016-07-04 21:55:54Nowe opracowanie Mszy F-dur Józefa Michała Ksawerego Poniatowskiego dokonane zostało w sposób kompetentny, przemyślany i z wielkim wyczuciem smaku i stylu. Powinno ono utorować drogę na estrady koncertowe...
Misteria Paschalia: od manierystycznej awangardy do schyłku klasycyzmu2016-03-28 19:15:58Po mistycznej inauguracji i emocjonującym wtorku Wielka Środa upłynęła pod znakiem pasjonującej harmonii księcia Gesualdo da Venosy (1566-1613). Cierpkie dysonanse i zupełnie nie dopuszczalne przez teoretyków muzyki rozwiązania...
Misteria Paschalia: historia Kaina i Abla 2016-03-26 21:55:16Wyśmienici soliści dodali ognia do pasjonującej mikstury. Zachwycająca i perfekcyjna Sonia Prina w tytułowej roli ukształtowała dynamikę koncertu.
Misteria Paschalia: metafizyczne otwarcie 2016-03-23 07:38:14Interpretacja Jordiego Savalla rzuciła nowę świałto na klasycystyczne dzieło. Savall słynie w świecie z kunsztu i precyzji wykonawczej, a przede wszystkim z odkrywania zapomnianych muzycznych skarbów minionych epok.
Ukłon w stronę rytmu2016-02-08 12:16:05Już sam program koncertu Sinfonietty Cracovii zapowiadał różnorodne, przepojone wielobarwnymi uniesieniami emocje; swoisty hommage au rythme w utworach najważniejszych dźwiękowych kreatorów XX wieku.
MET: Poławiacze Pereł zdominowani przez Kwietnia2016-01-21 15:39:52„Poławiacze pereł” – młodzieńcza opera Georga Bizeta powraca na scenę The Metropolitan Opera po stu latach, kiedy w sezonie 1916-1917 sygnował ją Enrico Caruso. Ten wieczór zdecydowanie należał jednak do Mariusza Kwietnia